Halina Pietrzak
Jak chwalić? – o swoich doświadczeniach opowiadają nauczyciele

Dziecko to nie żołnierz

Halina Pietrzak
Od 1980 do 2007 r. nauczyciel wychowania wczesnoszkolnego w SP nr 1 w Łowiczu

Jak chwalić?

Mądrze. Tak jak z karceniem, potrzebny jest tu zdrowy rozsądek. Gdy 6-latek maluje krzywy dom to można go pochwalić, ale jak mija rok czy dwa i wciąż rysuje ten dom tak samo, to za co go chwalić? Trzeba mu wyjaśnić, by coś dodał, bo on przecież też urósł i przybyły mu dwa stałe zęby. Chwalimy za postęp, za to, że dziecko się postarało, że włożyło w coś wysiłek, a nie maznęło trzy razy i już.

W akcji „Pozytywna Uwaga” namawiamy, by chwalić jak najczęściej.

Słusznie, ale pochwały nie powinny być za coś, co dziecko musi i tak robić. Czy ciebie ktoś chwali, że nie zaspałaś do pracy na godz. 8? Że zrobiłaś raport na czas? Czy policja cię zatrzymuje, by cię pochwalić, że jedziesz zgodnie z przepisami?

A jak nie ma za co chwalić?

Byłam nauczycielem przez 27 lat, ale jedną z najważniejszych rzeczy zrozumiałam już na początku – dzieci uczą się ode mnie, ale i ja od nich. Popełniłam mnóstwo błędów, bo przecież nauczyciel też jest człowiekiem i nie musi zawsze wszystkiego wiedzieć najlepiej. Miałam kiedyś takiego Sebastianka, strasznie bazgrolił i stawałam na rzęsach, by nauczyć go ładnie pisać. Miałam akurat na biurku jego zeszyt i innego ucznia, który pięknie już pisał, więc pytam Sebastianka: „No i który zeszyt ci się bardziej podoba?”, a on pokazuje swój. Ale się śmiałam.

Dlaczego?

Bo przecież „podoba się”, „ładnie” to nie są obiektywne hasła. Jemu naprawdę to bazgranie bardziej się podobało. Gdy trafiłam po studiach do szkoły, to wiedziałam co uczyć, ale nie miałam pojęcia jak to robić, z czasem zrozumiałam, że do współpracy dzieci należy przekonać. Przekonać a nie zmuszać.

Łatwo chwalić kogoś, kto pięknie nauczył się recytować wiersz, ale to zwykle te same osoby, bo są tacy, którym wychodzi przy małym wysiłku, ale dlaczego mam wciąż je chwalić? Bo łatwo komuś przychodzi? A reszta? Inni też muszą czuć, że mogą, że nie jak dziś, to jutro, że nie jak to, coś innego, ale niech mają szansę uwierzyć w siebie. Jak ktoś był nieśmiały, to pytałam jak chce recytować wiesz – mógł stać tyłem do klasy, mógł leżeć pod ławką, mógł poczekać aż był gotowy albo nawet mi wyszeptać na ucho. Teraz są telefony, więc pewnie bym prosiła o nagranie wideo z efektami specjalnymi, ale byłoby super, nie?

Trzeba uczyć dzieci, by widziały innych dookoła, by szanowały innych i wymagały szacunku dla siebie – bez względu na to ile kto ma pieniędzy i jakie osiągnięcia.

Każdego da się chwalić?

Wierzę, że każdy ma wiele talentów. Miałam kiedyś ucznia, który był taki słaby ze wszystkiego, że trudno mi było naturalnie go za coś pochwalić. No może poza dobrym zachowaniem, a co to za pochwała? Zapytałam jego mamę, czy on ma jakieś pasje poza szkołą i okazało się, że świetnie gra w warcaby. Zorganizowałam więc na lekcjach konkurs gry w warcaby. I wygrał! Ale był dumny!

Wciąż organizowałam różne konkursy – a to na najładniejszy rym, a to na zagadkę, a to na to kto dotknie językiem czubka nosa – cokolwiek, by każdy miał szansę się wykazać. Lepiliśmy podium z tego, co mieliśmy i śpiewaliśmy „We are the champions”. Super było. Fajnie jak szkoła daje szanse, by poznać świat, doświadczyć czegoś nowego – to opera, to koncert zespołu regionalnego, to malujemy graffiti na szopie za szkołą. Potem dzieci nie boją się eksperymentować w życiu, szukać drogi dla siebie.

A wiesz za co najczęściej chwaliłam?

Nie.

Za pomoc innym, bo uważam, że szkoła powinna uczyć empatii. Gdy ktoś pomógł koledze, bo upadł albo poprosił o spis prac domowych, bo szedł odwiedzić chorą koleżankę – to aż piałam z zachwytu. Co jakiś czas robiliśmy przemeblowanie w klasie, pozwalałam dzieciom ustawiać ławki – po skosie, po kwadracie, jak chciały. Mogły przestawić nawet moje biurko. Po przemeblowaniu prosiłam, by usiedli z kimś z kim jeszcze nie siedzieli. Dbałam, by najlepsi uczniowie siedzieli ze słabszymi, pozwalam im rozmawiać podczas lekcji, by lepszy mógł coś wyjaśnić, a słabszy o coś zapytać – ale nie na klasówkach! – i jak słabszy uczeń podciągnął ocenę na klasówce o stopień, to ten lepszy też dostawał ocenę o stopień wyższą.

Siódemkę?

Czemu nie? Wpisywałam je do dziennika. Byłam dumna, bo w żadnej mojej klasie nikt nikomu nie dokuczał – zdarzały się epizody, ale częściej szłam do dyrektorki, by jakiś mój uczeń poszarpał się na przerwie z kimś ze starszej klasy, bo tamten śmiał się z „naszego Daniela, bo mu rajstopy spadały”. Te dzieciaki stały za sobą murem, po lekcjach także. Ale byłam z nich dumna! A empatia jest coraz ważniejsza.

Dlaczego?

Wiesz, że te 20 lat temu, gdy dziecko dostało cukierek w domu, to następnego dnia przychodziło podzielić się ze mną, a jak kończyłam pracę w 2007 r. to zostawiałam kilka cukierków na biurku, wychodziłam na chwilę z klasy, wracałam i ich nie było.

Każdej mojej klasie od 1980 roku czytałam „Serca” Edmunda di Amicisa – to wzruszające opowieści o tym jak być dobrym człowiekiem, opisane z perspektywy 11-letniego chłopca, który 120 lat temu żył w Turynie. Siedzieliśmy wszyscy w kręgu i czytałam. 20 lat temu zawsze jakieś dziecko zaczynało płakać ze wzruszenia, potem dołączyła reszta i płakaliśmy wszyscy. Z kolejnymi rocznikami płakało coraz mniej, a już ostatnie moje lata w szkole to było tak, że ja ryczałam, a dzieci patrzyły na mnie jak na wariatkę.U

Nie pielęgnuje się wrażliwości u dzieci, bo wmówiono nam, że jest słabością. Że nie wolno płakać, współczuć, być wrażliwym. Teraz dzieci mają być jak żołnierze – bez emocji przeć do przodu i zwyciężać.

Co się stało z wrażliwością?

Zabiły ją filmy i gry komputerowe. Nie pielęgnuje się wrażliwości u dzieci, bo wmówiono nam, że jest słabością. Że nie wolno płakać, współczuć, być wrażliwym. Teraz dzieci mają być jak żołnierze – bez emocji przeć do przodu i zwyciężać. Liczą się oceny, testy, trzeba być pierwszym, a miejsca poza podium to wstyd. Że konkurs jest po to, by wygrać, a nie spróbować zrobić coś nowego, innego i mieć z tego radość. A przecież w życiu chodzi o to, by odkrywać nowe rzeczy, by w szarej codzienności szukać radości, przyjemności. Co z tego, że masz pięć kierunków studiów skoro jesteś bucem. Szkoła powinna uczyć życzliwości, uprzejmości, tego, jak w świecie widzieć szklankę pół pełną.

Takie podejście wynosi się z domu.

Oczywiście, że dom to pierwsze i najważniejsze miejsce, gdzie uczą nas czym jest miłość, dobroć czy empatia, ale ewidentnie w coraz większej ilości domów, to nie są ważne wartości. W wielu przypadkach, jak nauczyciele nie nauczą, to nikt nie nauczy. A serca i dobroci uczy się tylko przez przykład. Kiedyś na ulicy podszedł do mnie pijaczek, myślałam, że po parę złoty na piwo, a on mi mówi, że dawno temu uczyłam jego Tomka, i Tomek tak lubił szkołę, bo „to jedyne miejsce, gdzie go chwalili”.

Uczyłam w państwowej szkole, gdzie wymieszane były dzieci o różniej demografii – te z lokalnych slumsów i ulicy z samymi lekarskimi domami. Każde z tych dzieci potrzebowało uwagi i pochwał. To nie sztuka chwalić prymusów.

Nie można pozwalać na samotność! Co z tego, że masz półkę pełną trofeów i konto pełne pieniędzy, skoro jesteś smutny i samotny.

Dlaczego należy nagradzać dobre serce i empatię?

Co z tego, że masz półkę pełną trofeów i konto pełne pieniędzy, skoro jesteś smutny i samotny. Nie można pozwalać na samotność! Skoro dziecko jest samotne w szkole, to wyobraź sobie, jak wygląda jego życie po szkole! Trzeba uczyć dzieci, by widzieli innych dookoła, by szanowali innych i wymagali szacunku dla siebie – bez względu na to ile kto ma pieniędzy i jakie osiągnięcia. Gdyby tego uczono w szkole, to by się nam lepiej żyło, bo taka nauka zostaje na całe życie.

Udostępnij na:

Share on facebook
Share on twitter